Rozdział zawiera przekleństwa oraz nieprzyjemne sceny.
~*~ 31 sierpnia 1998 rok. ~*~
- Wstawaj, mała suko! - usłyszałam, jeszcze byłam przytomna. Sukces. - No już! Trochę godności Black! - po tych słowach poczułam mocne uderzenie w brzuch co zaowocowało w plucie krwią.
- Zostaw mnie.. - wyszeptałam co było naprawdę trudne w tym momencie. Łzy ciurkiem leciały po moich policzkach. Chciałam je hamować, ale ból był za silny.Próbowałam otworzyć oczy i spojrzeć na mojego oprawcę, ale mój obraz się rozmazywał. Widziałam tylko zniekształcone postacie stojące nad moim ciałem. Nagle jedna osoba pochyliła się nade mną. Mogłabym spojrzeć jej głęboko w oczy. Gdybym tylko widziała.
- Jesteś taką słabą kurwą. Nie powinnaś żyć. Chętnie bym to skończyła. Zabiłabym Cię. Wiesz czemu? Bo nikt Cię nie potrzebuje! - zaczęła się śmiać.
Przestań.
Chciałam krzyczeć, wyć, płakać, zwyzywać ją, ale cholera! Nie umiałam wypowiedzieć słowa. Moje gardło było całe zbolałe z powodu wcześniejszego duszenia. Moja szczęka zapiekła, kiedy pięść dziewczyny uderzyła. Poczułam metaliczny smak krwi na języku.
Dość. Mam dość.
- Powiedz to Tatia, przyznaj, jesteś nikim. Przyznaj mi rację. - wręcz wysyczała mi do ucha. Nie dam ci tej przyjemności.
Jąkałam się. Chciałam powiedzieć jej tylko to jedno słowo i poczuć satysfakcję, że mimo tego, że leżę tu cała we krwi przez nią, posiadam resztki godności.
- Co tam seplenisz? - zapytała sarkastycznie po czym nachyliła się bliżej mojej twarzy tak by mogła usłyszeć. Przybliżała swoją głowę coraz bardziej. Tak, teraz usłyszy.
- No, dalej kochaniutka. - wyśmiała mnie. - Przyznaj mi rację!
Zacisnęłam oczy, słono za to zapłacę.
- Wypierdalaj.. - sapnęłam jej do ucha i zbierając ślinę, wyplułam ją na jej ohydną twarz. - Idź do diabła.
Mogłam zauważyć tylko jak zaciska pięści na mojej koszulce i szykuję się by oddać cios. Ostatni jaki zapamiętałam zanim zemdlałam.
*
- Tatia, słyszysz mnie? Proszę, obudź się. - usłyszałam okropny szloch.
Chciałam otworzyć oczy, ale od samej próby miałam wrażenie, że zaraz umrę. Ból z tyłu czaszki, a właściwie jej całej był nie do zniesienia. Poczułam coś ciepłego na moim zmasakrowanym policzku. Zaczęłam zaciskać powieki i marszczyć brwi. Każdy najmniejszy ruch bolał.
- Co one Ci zrobiły.. Tatia.. - poczułam jak coś mokrego skapuje na moją twarz. Uchyliłam swoje rozcięte wargi i wypuściłam głośno powietrze co było błędem. Boli okropnie. Żebra, płuca.
- Zostaw mnie.. - wymamrotałam krzywiąc się z bólu.
- To ja, Ash. Pomogę Ci okej? Możesz wstać? - zapytał. Poważnie.
- Twoja głupota mnie boli, wiesz? - zakpiłam z niego unosząc lekko kąciki ust.
- Och, tak, wiem. Mówiłaś już, ale muszę Cię jakoś wziąć do domu.
- Cholera - mruknęłam. Naprawdę popierałam jego pomysł, ale samo myślenie czy mówienie było bólem nie do zniesienia. Najlepiej bym tu leżała aż przestanie, ale wiem, że jak tak zrobię to będzie jeszcze gorzej.
- Zaniosę Cię, dobrze? - zapytał retorycznie przepełnioną troską w głosie.
- Dobrze.. Nie, nie puść mnie proszę! - zawyłam z bólu gdy tylko lekko podniósł moją klatkę piersiową. - Boli mnie, Ashton, nie dam rady.
- W porządku. Zostań tu, nie idź nigdzie.
- No już, zapierdzielam w podskokach do domu. - parsknęłam, po czym zaczęłam kaszleć i na nowo pluć krwią. Boże, pomóż.
- Okej, okej. Zadzwonię może po karetkę. - wyjąkał spanikowany.
- Brawa dla Ciebie, frajerze. - wyszeptałam.
- Złamane żebro, wstrząs mózgu, stłuczony piszczel i szczęka, wiele różnych zadrapań i głębokich ran. Obawiamy się też, że jej płuca też niezbyt dobrze skończyły. Klatka piersiowa, jak i sama twarz jest w tragicznym stanie. Przykro nam, ale Tatia musi zostać w szpitalu gdzie jest pod odpowiednią opieką i ma zapewnione pełne bezpieczeństwo, panie Black.
- Rozumiem.. - usłyszałam głos Syriusza.
- A ja wręcz przeciwnie pani doktor, więc Syriuszu, stul pysk. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem dla naszej siostry będzie zabandażowanie jej i posklejaniu w jednolitą całość a potem wręczenie nam zgody na zabranie jej do domu. Gdzie zapewnimy jej lepszą opiekę niż wy.
- Regulusie daj spokój..
- Niestety muszę podważyć pana zdanie. Mając na uwadze to, że wasza siostra jest w takim stanie, nie jestem do końca przekonana, że ta pańska opieka w ogóle istnieje.
- A więc chce się pani przekonać tak? Targowanie się z diabłem nie jest zbyt dobrym pomysłem. - Regulus podszedł bliżej lekarki, a w jej oczach można było zobaczyć chwilowe przerażenie.
- Nie uważam tego za żadne targowanie. - syknęła. - Tatia zostanie w szpitalu.
- Hm, nie myślę tak.. - odparł mężczyzna wpatrując się intensywnie w oczy lekarki i szepcząc pod nosem niezrozumiałe słowa.
Syriusz głęboko westchnął, po czym nastąpiła grobowa cisza.
- Proszę za mną. Zaraz wypiszę Panom zgodę i Tatia wyjdzie ze szpitala jeszcze dzisiaj. - uśmiechnęła się zadowolona kobieta.
- O wiele lepiej.. - mruknął Regulus. - Idziesz, bałwanie?
- Jesteś największym idiotą w rodzinie, tyle Ci powiem, bałwanie. - odparł jego brat z lekko widocznym uśmiechem.
- Dwa wyzwiska w jednym zdaniu, coraz lepiej Ci idzie ptysiu.
- Regulus? - oboje obrócili się z prędkością światła patrząc na swoją siostrę. Siostrę, która leżała w szpitalnym łóżku cała poszyta nitkami. A mieli tak zaciekle ją chronić. Żyli po to by o nią dbać, by się nią opiekować. A ona leżała w bandażach. Dokładnie widzieli, że niektóre rany jeszcze krwawią. Patrzeli, próbując przypomnieć sobie gdzie wtedy byli. Może opracowali kolejny plan zakonu. Kolejne trudne misje, w których głównie chodziło o jej dobro. I tym razem zawiedli. Teraz musieli zmierzyć się z tym widokiem. Ich ukochana siostra. Ledwo żywa siostra, która potrzebowała tak dużo siły by wziąć choć jeden oddech nie krzywiąc się przy tym z bólu. Przecież przysięgli, że jest najważniejsza. A teraz, widzą ją. Bezbronną, błagającą wzrokiem by jej pomóc. A nie mieli jak. Oczywiście, połatają ją zaklęciami, ale co z psychiką? Wiedzieli, ze jest silna, ale nawet bez tego jest ciężko. Gdyby nie ten durny idiota, Ashton, nie wiadomo czy by tu w ogóle była. I to nie tak powinno być. Oboje bracia podeszli do łóżka szpitalnego patrząc na nią z bólem.
- Idziemy do domu, mała. - powiedział jeden z nich. Dziewczyna przymknęła swe oczy i ledwo można było zauważyć, jak podnosi swe kąciki ku górze.
*
- Wszyscy dobrze wiemy, zamknij już japę Rudy. - odezwał się aksamitny i zimny głos, co tylko wyrwało mnie z moich zamyśleń. Podniosłam głowę do góry i zobaczyłam jak dwójka chłopaków mierzy się wzrokiem. Westchnęłam cicho. Zawsze to samo, na każdym spotkaniu, na każdej poważnej rozmowie te dwa marginesy norm nastolatków robią sobie małą wojnę, kto okaże się większym idiotą z najgorszą ripostą na świecie. Cudnie. A mogłam zostać w szpitalu. Właściwie, ucałowałabym tym lekarzom stopy byle tylko mnie tam zatrzymali bo głupota w tym domu zaczynała mnie przerastać. W każdym możliwym sensie. A ta kolejna banda idiotów, czyli mniej więcej cała reszta jedynie co robili, to śmiali się słysząc ich ,,kłótnie''. Miałam wrażenie, że tylko profesor Snape i Hermiona potrafili wyczuć ich kretyństwo. No i ja, ale za każdym razem jak się odzywam słyszę ten sam tekst o łazience.
- Moglibyście oboje utkać swoje gęby? Każdy by na tym dobrze wyszedł. - mruknęłam.
- Black, weź swoje cztery litery i sprawdź czy jest światło w łazience, co. - odparowali obydwoje.
Mówiłam. Tępe lachociagi.
- Z chęcią, bylebym nie patrzała na wasze mordy. - powiedziałam posyłając im mój firmowy uśmiech i wstając z krzesła.
- Dobra, Ty, ździro, siadaj, a wy obydwoje udawajcie mimów i słuchajcie. - odezwał się Scorpius.
Wywróciłam oczami. Jakby nie mogli tak od razu.
- Przestań ją nazywać ździrą tylko dlatego, że dała ci kosza. Po prostu się z tym pogódź, stary. - powiedział ze śmiechem Drew. posyłając mi oczko.
Czyżbyś dopiero teraz zauważył jakim Twój przyjaciel jest debilem czy wiedziałeś, ale też jesteś debilem?
- Wszyscy się zamknijcie do jasnej cholery. - wysyczał profesor Snape wchodząc do pomieszczenia, a zaraz za nim, cały Zakon. - Mamy dziś wiele do omówienia, a jako iż postanowiono, że macie tu siedzieć po prostu zakneblujcie swoje pyskate otwory gębowe. Nikt tutaj obecny, nie ma ochoty siedzieć na tym spotkaniu wieczność.
Wszyscy zamilknęli. Ale sukinsyn, też bym tak chciała.
Wielka trójca + Ginny z bliźniakami zajęli miejsca obok mnie. Zauważyłam jak posyłają mi uśmiechy więc odpowiedziałam tym samym. Utrzymywałam z nimi całkiem dobre relacje, zwłaszcza z Hermioną i Ginny. Jednak zawsze kiedy próbowałam porozmawiać z chłopakami, starsi bracia ucinali moje pogawędki i kazali wracać do swojego pokoju. Nigdy tego nie rozumiałam, ale nie kłóciłam się z tym. I tak słabo się dogadywałam z płcią przeciwną. Może dlatego, że prawie w ogóle nie miałam z nimi kontaktu. Syriusz i Regulus nie pozwalali mi. Nigdy. Miałam absolutny zakaz utrzymywania bliższych relacji z nimi wszystkimi. Dziwne? Jak najbardziej.
- Jak wszyscy dobrze wiecie od parunastu miesięcy jest zupełnie cicho. Żadnych ataków, żadnych morderstw. Nic. Wizji, brak. Totalna pustka. Tak jakby zniknął. - zaczął Dumbledore.
- Voldemort? Nigdy. Niemożliwe. - odparował Potter.
Dyrektor rzucił mu spojrzenie, zaraz po tym uśmiechając się.
- Otóż to, panie Potter. To tylko cisza przed burzą. Która parę dni temu się skończyła, czyż nie panno Black? Szykują się na coś wielkiego. Nasz problem jest taki, że nie wiemy na co.
- To oczywiste, chcą zabić Harry'ego. - wyrwało się Ronowi.
- To na pewno, jednak śmiem myśleć, że chcą czegoś innego. Zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach - odpowiedział łagodnie przenosząc swe spojrzenie prosto na mnie a potem na moje siniaki i bandaże. Zamarłam. Co do diabła? - Oni potrzebują siły, której na razie nie mają - mamy ją my, ale łatwo mogą ją dostać. Prawda Syriuszu? - dyrektor dalej wpatrywał się w moje przerażone oczy. Przyrzekam, myślałam, że zemdleję.
- Jeden zły ruch i wszyscy jesteśmy 3 metry pod ziemią, prawda? - zaśmiał się dyrektor, przenosząc swój wzrok na moich braci. Syriusz wyglądał niesamowicie przerażająco. Wpatrywał się zimno w podłogę. Regulus nie wyglądał lepiej. Powietrze zrobiło się jakby gęste. Napięcie rosło coraz bardziej, chociaż już nie miało kompletnie gdzie się pomieścić. Poczułam jak robi mi się duszno i coraz trudniej łapie oddech. Musiałam interweniować.
- O co chodzi? - wyjąkałam patrząc na twarz każdego z zebranych.
Najstarszy czarodziej uśmiechnął się i mrugnął swymi bystrymi oczami.
- Dość tych wyjawiania tajemnic. - powiedział radośnie.
Co. Jak ten stary renifer może tak po prostu najpierw mnie wystraszyć na śmierć a potem zostawić bez żadnych odpowiedzi. Obawiałam się wszystkiego. Dlaczego patrzał na mnie? Dlaczego moi bracia tak się zachowywali? Co oni wszyscy wiedzą, a nie wiem ja? Cholera. Nigdy nie chciałam uczestniczyć w tym sprawach, mimo to, że byłam w to zamieszana, chciałam być jak najdalej od tego. Nie chciałam wojny, nie chciałam widzieć śmierci i nie chciałam też walczyć przeciwko innemu człowiekowi. Wizja wielkich bitw była dla mnie przerażająca, tak samo jak wyobrażenie Wszyscy-Wiedzą-Kogo. Coś było nie tak. Byłam zwyczajną czarownicą. Nie byłam naznaczona jak Harry. Nie byłam Wybrańcem. A skoro nim nie byłam to dlaczego chodziło w tym wszystkim również o mnie? Uniosłam oczy do góry, ale zaraz je opuściłam z powrotem przez napotkanie stalowego wzroku blondyna na przeciwko. On tylko podnosił do góry moje obawy, jego wzrok był straszny. Kątem oka zauważyłam jak jego kącik ust drgnął gdy zobaczył moją reakcję. Pieprzony Draco Malfoy. Tak Cię to bawi, mały skunksie? To zamień się ze mną miejscem cwaniaku.
- Potrzebujemy szpiega wśród Śmierciożerców. - zaczął na nowo Dumbledore. Spojrzałam na chłopca przede mną, ale on dalej siedział niewzruszony chociaż był jednym z najbardziej branych pod uwagę. Aha, okej. Ja już dawno narobiłabym pod siebie, ale kontynuujmy. - Severusie?
Profesor Snape spojrzał na starca uśmiechając się krzywo. Zaraz po tym rozglądając się po sali.
- Chyba nie ma nikogo innego do wyboru, czyż nie?
- Ależ jest. Chociaż bardziej ryzykowny. Panie Malfoy? - Dumbledore zwrócił się do blondyna na przeciwko mnie. Ten zaś spojrzał na mnie z tą wyższością w oczach po czym zwrócił się do dyrektora.
- Oczywiście. Zgadzam się. - powiedział pewnie.
- Kutas. - szepnęłam do siebie, ale najwidoczniej nie na tyle cicho ponieważ Ginny parsknęła cichym śmiechem zaraz powtarzając to Hermionie i reszcie, którzy znowu posłali mi ciepłe uśmiechy.
- Natomiast ja się nie zgadzam. To dzieciak. - wtrącił się do rozmowy Remus.
- Inteligentniejszy od Ciebie, więc zamilcz. - powiedział Snape łypiąc groźnie na mężczyznę.
- Myślę, że lepiej nie ryzykować bezpieczeństwa Dracona, które obiecaliśmy Narcyzie. - dopowiedział Regulus.
- Jestem tego samego zdania, jest za młody. - powiedział Syriusz.
Wstrzymałam powietrze gdy zobaczyłam jak Draco wstaje ze swojego miejsca patrząc na wszystkich z pogardą. Siadaj idioto - krzyczałam w myślach. Nawet nie wie w co się pakuje. Mam namyśli, za pewnie wie, ale myśli, że jest tak zajebisty, że nic się nie stanie.
- Przepraszam, ale co ma do tego wszystkiego mój wiek? To tylko zwykła, głupia liczba. - Jasne, pierdolenie o szopenie. - Uważam, iż mogę sobie łatwo poradzić zważając na mojego ojca jak i na moje umiejętności. Mam najlepsze warunki do wykonania tej misji, dlatego proszę o przekazanie mi jej. - dokończył ostrym tonem zaraz po tym wychodząc z pomieszczenia.
Nienormalny.
od autorki
w końcu, po paru miesiącach wracam z kolejnym rozdziałem i nie - na następny raczej nie trzeba będzie czekać 8 miesięcy :)
do napisania za tydzień :)
m.
piątek, 12 grudnia 2014
poniedziałek, 6 stycznia 2014
000.
~*~ 12 grudzień 1995 rok ~*~
Mroczne miasto było dziś całkowicie opustoszałe. Panowała grobowa cisza, jakby sama bała się odezwać i zostać przy tym ukarana. Nikt nie przechadzał się poniszczonym, szarym chodnikiem ani żadne dzieci nie biegały wesołe za piłką na pobliskim boisku z zardzewiałymi obręczami kosza do koszykówki. Były również rozpadające się budynki za czasów wojny niewerbalnie wołając o odnowienie. Panowało milczenie. Tylko czarne, skaczące kruki na drzewie, i biegające w tę i we w tę szczury robiły mały hałas w okolicy. Jednak poza tym, wszystko jakby umarło. Parę tutejszych mieszkańców siedziało już dawno w domach, nigdy nie odważali się wychodzić o tej porze, mimo to, że był dopiero wczesny wieczór. Zbyt wiele dziwnych rzeczy działo się na ulicy by móc normalnie wyjść i żyć beztrosko. Albo trzeba było się dostosować, albo wyjechać. Wybór był dla niektórych oczywisty. Zawsze wyjeżdżali. Ale nie Oni. Wysoki, tęgo zbudowany mężczyzna właśnie szedł przez ulicę pośpiesznym krokiem. Jego szata powiewała na samym dole, tuż obok jego kostek zakrytych czarnymi butami. Obok niego szła drobna kobieta, rozglądająca się we wszystkie strony. Próbowała dorównać mu kroku, ale co chwilę stawała przez co starszy mężczyzna tylko ją pośpieszał szorstkim i nie przychylnym głosem. Oboje mieli zakryte twarze, jakby bali przyznać się do tego kim są. Albo kogo udają. Powoli zbliżali się do groźnie wyglądającej rezydencji utrzymanej w nieco gotyckim stylu. Mężczyzna pchnął do przodu czarną bramę i przepuszczając kobietę przez przejście prędko zmierzyli ku drzwiom wejściowym. Kobieta zastukała swoimi bladymi piąstkami o marmurowe drzwi. Czekali tam chwilę rozmawiając i mocno gestykulując aż drzwi zostały lekko uchylone a oni wślizgnęli się do środka.
- Za mną. - oznajmił inny męski głos. Oboje kiwnęli głowami i udali się za czarnowłosym mężczyzną, który prowadził ich przez długi korytarz z obwieszczonymi na ciemnych ścianach portretami z ludźmi, do ogromnego pomieszczenia z długim, okrągłym stole na środku pokoju. Stanęli u progu ze ledwo widocznym strachem na twarzach i wtem usłyszeli okropny głos.
- Cieszę się, że dotarliście.. Moi mili. - kobieta delikatnie podskoczyła w miejscu a mężczyzna ścisnął jej dłoń. Postać, która zasiadała na samym szczycie długości stołu tylko uśmiechnęła się mściwie i z satysfakcją na tę reakcję. Wiedziała, że się bali i wcale jej to nie przeszkadzało - a wręcz przeciwnie, podobało. Zaś kobieta po jej prawej, w strasznie roztrzepanych włosach i zapadniętych oczodołami stłumiła chichot.
- Zasiądźcie. - wysyczała, najprawdopodobniej najważniejsza w tym zgromadzeniu osoba.
Przybysze udali się powoli w stronę metalowych krzeseł i usiedli dokładnie obserwując wszystkim zebranych. Kobieta położyła swe dłonie na blacie stołu i zaczęła nerwowo stukać koniuszkami palców.Wiedziała że on ją obserwuje.
- Wszyscy są Panie. - oznajmił mężczyzna z długimi, czarnymi włosami.
Znów zapadła grobowa cisza, wszyscy czekali aż odezwie się Pan, lecz on tylko wpatrywał się w wystraszoną kobietę.
- Co Cię tak trapi, Narcyzo? - zapytał Pan, jadowitym głosem.
Narcyza uniosła swe zlęknione oczy na mężczyznę. Milczała, bez zamiaru odzewu.
- Nie powinnaś mnie ignorować. Nie swojego Pana. Zapytam jeszcze raz, co Cię trapi? - zadrwił.
Kobieta otworzyła szybko usta, ale zaraz je zamknęła. Nie była tu z jej chęci. Nie chciała tu być.
- N..Nic mnie nie trapi, Mój Panie. - wydukała z siebie patrząc bacznie na swe kolana.
Wszyscy usłyszeli zdawkowy śmiech.
- Tak też myślałem. - powiedział mężczyzna. - Ale dość tego, gdzie nasi bohaterzy?
Jak na zawołanie, drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem a do pomieszczenia wpadło dwóch mężczyzn. Mieli czarne, długie włosy jak i oczy. Kolor podtrzymywały ich szaty. Byli szalenie przystojni, ale wyglądali na zdenerwowanych i niezbyt przyjaznych. Pan uśmiechnął się sam do siebie a kobieta obok niego znów zachichotała. Jeden z właśnie przybyłych tylko obrzucił ją lekceważącym spojrzeniem, a to tylko podtrzymało ogień.
- No proszę, proszę. Zebrało się, kuzynostwo nieudaczników. Nawet nie wie...
- Dość Bellatrix. - krzyknął cicho Pan, a następnie zwrócił się do braci. - Usiądźcie.
Bracia zrobili to co im polecono siadając na wprost Pana i utkwili swe spojrzenia na nim.
- Możemy zaczynać. Zgromadziłem was ponieważ mam. - przerwał i zaśmiał się. - Wszyscy mamy, poważny problem. Walburga mimo swego wieku jest w ciąży. W czasie tego procesu podano jej pewien eliksir jako podarunek od dalekiego krewnego. A ta, naiwna kobieta.. Wypiła go. Najsilniejszy eliksir jaki jest. Jedyny taki na całym świecie. Zrobiony przez samego Nicolasa Flamela. Walburga umrze, nie zniesie magii tego eliksiru w takim stanie, jest po prostu za silny. Niestety, dziecko da radę i eliksir wpłynie na nie, nie na kobietę. Będzie żyło. I to właśnie w tym momencie pojawia się mój problem.
Nastała chwila milczenia, wszyscy słuchali tego co ma do powiedzenia ich Pan, a sam on był pogrążony w myślach.
- Domyślam się, po co to wszystko. Dziecko ma mnie zgładzić. Ma dać spokój wszystkim. To oczywiste, ale pomyślcie.. Gdyby ono było po mojej stronie. Byłbym niezwyciężony i..
- Nie. - odezwał się jeden z braci. - Moja siostra nie będzie śmierciożercą. Nie pozwalam na to.
- Więc będzie trzeba ją zabić. - powiedział jakiś inny mężczyzna a jemu zawtórowała większość zgromadzenia.
Bracia patrzyli na Pana z obrzydzeniem na twarzy i czekając na jego słowa.
- A więc to dziewczynka? - zapytał z szyderczym uśmiechem.
- Co Cię to obchodzi? - rzucił drugi brat.
- Więcej szacunku.. - wyszeptał Pan. - Nie zabiję tego dziecka, ogłupieliście czy co? Za dużo bym stracił..
Znów zatracił się w swych myślach. Wszyscy czekali z niepokojem.
- Daj jej wolność. - powiedział brat.
Pan nie odezwał się, dalej błądził w swym umyśle szukając odpowiedniego rozwiązania. Bracia bacznie siedzieli obserwując go. Napięcie rosło. W końcu uniósł głowę z tym uśmiechem.
- Nie zabiję jej Syriuszu. - wyszeptał. - Ona sama się zabije.
Bracia zesztywnieli i zrobili się cali czerwoni ze złości. Byli bezsilni. Nie wiedzieli co robić.
- Kim Ty myślisz, że jesteś by robić coś takiego?! - krzyknął na niego brat Syriusza.
- Jestem władcą i mogę podejmować takie decyzje. A ta decyzja, wbrew waszym pozorom jest fantastyczna. Powiedzmy, że w przyszłości będziemy trochę podobni. Ani ja, ani ona nie będziemy kochać.
- Jesteś okrutny. Nie możesz pozbawić jej tego najpiękniejszego i najsilniejszego uczucia. - uniósł się Syriusz.
- Blah, blah. To jedyne wyjście oprócz twego magicznego życzenia aby nie była zabita czy też była śmierciożercą! - krzyknął Pan.
- Dlaczego to? - zapytał Syriusz.
- Bo kara za tę zdradę musi być. A oto jej cena.
Zapadła cisza. Syriusz klął cicho pod nosem, a Bellatrix śmiała się.
- Więc jak mamy rozumieć to, że sama się zabije? - zapytał mężczyzna.
- Dobre pytanie Regulusie., a odpowiedź sama w sobie jest prosta. Będziemy podobni, ale nie do końca. Ona będzie mogła się zakochać, ale gdy to zrobi.. - okrutny uśmiech wpełzł na jego twarz. - Umrze.
- Decyzja należy do Was. - powiedział Pan.
Tego wieczoru cisza nastawała cały czas. A niepokój nie opuszczał wcale. Regulus schował twarz w dłonie. Byli zbyt roztrzęsieni by podejmować jakiekolwiek decyzje, a co dopiero takie.
- Nie pozwolę by moja siostra była wami. - wyszeptał Regulus. - Zgadzam się.
- Oszalałeś?! - Syriusz wstał patrząc na Regulusa.
Ten zaś go zignorował i nadal nawiązywał kontakt wzrokowy z uśmiechniętym Panem, który kiwnął głową.
- Kiedy? - zapytał drżącym tonem głosu.
- Zaraz po urodzeniu. - oblizał swoje wargi. - Gdy wasza siostra, wypowie słowa ,,Kocham Cię'' w kierunku swojej miłości wiecie co się stanie. Pilnujcie jej, a może przeżyje.
- Nie wierzę w to co robisz Regulusie. - wydukał z siebie Syriusz.
- To jedyne wyjście, nie rozumiesz?! - krzyknął na niego drugi.
Syriusz pokręcił głową i wyszedł z pomieszczenia mocno zamykając za sobą mosiężne drzwi.
- Zapłacisz mi za to. - rzucił Regulus i podążył w ślady brata.
W oczach Pana pojawił się błysk.
- Koniec spotkania.
*Regulus nie jest śmierciożercą i jak Syriusz - wyrzeka się swojej rodziny i umiera później niż normalnie.
Mroczne miasto było dziś całkowicie opustoszałe. Panowała grobowa cisza, jakby sama bała się odezwać i zostać przy tym ukarana. Nikt nie przechadzał się poniszczonym, szarym chodnikiem ani żadne dzieci nie biegały wesołe za piłką na pobliskim boisku z zardzewiałymi obręczami kosza do koszykówki. Były również rozpadające się budynki za czasów wojny niewerbalnie wołając o odnowienie. Panowało milczenie. Tylko czarne, skaczące kruki na drzewie, i biegające w tę i we w tę szczury robiły mały hałas w okolicy. Jednak poza tym, wszystko jakby umarło. Parę tutejszych mieszkańców siedziało już dawno w domach, nigdy nie odważali się wychodzić o tej porze, mimo to, że był dopiero wczesny wieczór. Zbyt wiele dziwnych rzeczy działo się na ulicy by móc normalnie wyjść i żyć beztrosko. Albo trzeba było się dostosować, albo wyjechać. Wybór był dla niektórych oczywisty. Zawsze wyjeżdżali. Ale nie Oni. Wysoki, tęgo zbudowany mężczyzna właśnie szedł przez ulicę pośpiesznym krokiem. Jego szata powiewała na samym dole, tuż obok jego kostek zakrytych czarnymi butami. Obok niego szła drobna kobieta, rozglądająca się we wszystkie strony. Próbowała dorównać mu kroku, ale co chwilę stawała przez co starszy mężczyzna tylko ją pośpieszał szorstkim i nie przychylnym głosem. Oboje mieli zakryte twarze, jakby bali przyznać się do tego kim są. Albo kogo udają. Powoli zbliżali się do groźnie wyglądającej rezydencji utrzymanej w nieco gotyckim stylu. Mężczyzna pchnął do przodu czarną bramę i przepuszczając kobietę przez przejście prędko zmierzyli ku drzwiom wejściowym. Kobieta zastukała swoimi bladymi piąstkami o marmurowe drzwi. Czekali tam chwilę rozmawiając i mocno gestykulując aż drzwi zostały lekko uchylone a oni wślizgnęli się do środka.
- Za mną. - oznajmił inny męski głos. Oboje kiwnęli głowami i udali się za czarnowłosym mężczyzną, który prowadził ich przez długi korytarz z obwieszczonymi na ciemnych ścianach portretami z ludźmi, do ogromnego pomieszczenia z długim, okrągłym stole na środku pokoju. Stanęli u progu ze ledwo widocznym strachem na twarzach i wtem usłyszeli okropny głos.
- Cieszę się, że dotarliście.. Moi mili. - kobieta delikatnie podskoczyła w miejscu a mężczyzna ścisnął jej dłoń. Postać, która zasiadała na samym szczycie długości stołu tylko uśmiechnęła się mściwie i z satysfakcją na tę reakcję. Wiedziała, że się bali i wcale jej to nie przeszkadzało - a wręcz przeciwnie, podobało. Zaś kobieta po jej prawej, w strasznie roztrzepanych włosach i zapadniętych oczodołami stłumiła chichot.
- Zasiądźcie. - wysyczała, najprawdopodobniej najważniejsza w tym zgromadzeniu osoba.
Przybysze udali się powoli w stronę metalowych krzeseł i usiedli dokładnie obserwując wszystkim zebranych. Kobieta położyła swe dłonie na blacie stołu i zaczęła nerwowo stukać koniuszkami palców.Wiedziała że on ją obserwuje.
- Wszyscy są Panie. - oznajmił mężczyzna z długimi, czarnymi włosami.
Znów zapadła grobowa cisza, wszyscy czekali aż odezwie się Pan, lecz on tylko wpatrywał się w wystraszoną kobietę.
- Co Cię tak trapi, Narcyzo? - zapytał Pan, jadowitym głosem.
Narcyza uniosła swe zlęknione oczy na mężczyznę. Milczała, bez zamiaru odzewu.
- Nie powinnaś mnie ignorować. Nie swojego Pana. Zapytam jeszcze raz, co Cię trapi? - zadrwił.
Kobieta otworzyła szybko usta, ale zaraz je zamknęła. Nie była tu z jej chęci. Nie chciała tu być.
- N..Nic mnie nie trapi, Mój Panie. - wydukała z siebie patrząc bacznie na swe kolana.
Wszyscy usłyszeli zdawkowy śmiech.
- Tak też myślałem. - powiedział mężczyzna. - Ale dość tego, gdzie nasi bohaterzy?
Jak na zawołanie, drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem a do pomieszczenia wpadło dwóch mężczyzn. Mieli czarne, długie włosy jak i oczy. Kolor podtrzymywały ich szaty. Byli szalenie przystojni, ale wyglądali na zdenerwowanych i niezbyt przyjaznych. Pan uśmiechnął się sam do siebie a kobieta obok niego znów zachichotała. Jeden z właśnie przybyłych tylko obrzucił ją lekceważącym spojrzeniem, a to tylko podtrzymało ogień.
- No proszę, proszę. Zebrało się, kuzynostwo nieudaczników. Nawet nie wie...
- Dość Bellatrix. - krzyknął cicho Pan, a następnie zwrócił się do braci. - Usiądźcie.
Bracia zrobili to co im polecono siadając na wprost Pana i utkwili swe spojrzenia na nim.
- Możemy zaczynać. Zgromadziłem was ponieważ mam. - przerwał i zaśmiał się. - Wszyscy mamy, poważny problem. Walburga mimo swego wieku jest w ciąży. W czasie tego procesu podano jej pewien eliksir jako podarunek od dalekiego krewnego. A ta, naiwna kobieta.. Wypiła go. Najsilniejszy eliksir jaki jest. Jedyny taki na całym świecie. Zrobiony przez samego Nicolasa Flamela. Walburga umrze, nie zniesie magii tego eliksiru w takim stanie, jest po prostu za silny. Niestety, dziecko da radę i eliksir wpłynie na nie, nie na kobietę. Będzie żyło. I to właśnie w tym momencie pojawia się mój problem.
Nastała chwila milczenia, wszyscy słuchali tego co ma do powiedzenia ich Pan, a sam on był pogrążony w myślach.
- Domyślam się, po co to wszystko. Dziecko ma mnie zgładzić. Ma dać spokój wszystkim. To oczywiste, ale pomyślcie.. Gdyby ono było po mojej stronie. Byłbym niezwyciężony i..
- Nie. - odezwał się jeden z braci. - Moja siostra nie będzie śmierciożercą. Nie pozwalam na to.
- Więc będzie trzeba ją zabić. - powiedział jakiś inny mężczyzna a jemu zawtórowała większość zgromadzenia.
Bracia patrzyli na Pana z obrzydzeniem na twarzy i czekając na jego słowa.
- A więc to dziewczynka? - zapytał z szyderczym uśmiechem.
- Co Cię to obchodzi? - rzucił drugi brat.
- Więcej szacunku.. - wyszeptał Pan. - Nie zabiję tego dziecka, ogłupieliście czy co? Za dużo bym stracił..
Znów zatracił się w swych myślach. Wszyscy czekali z niepokojem.
- Daj jej wolność. - powiedział brat.
Pan nie odezwał się, dalej błądził w swym umyśle szukając odpowiedniego rozwiązania. Bracia bacznie siedzieli obserwując go. Napięcie rosło. W końcu uniósł głowę z tym uśmiechem.
- Nie zabiję jej Syriuszu. - wyszeptał. - Ona sama się zabije.
Bracia zesztywnieli i zrobili się cali czerwoni ze złości. Byli bezsilni. Nie wiedzieli co robić.
- Kim Ty myślisz, że jesteś by robić coś takiego?! - krzyknął na niego brat Syriusza.
- Jestem władcą i mogę podejmować takie decyzje. A ta decyzja, wbrew waszym pozorom jest fantastyczna. Powiedzmy, że w przyszłości będziemy trochę podobni. Ani ja, ani ona nie będziemy kochać.
- Jesteś okrutny. Nie możesz pozbawić jej tego najpiękniejszego i najsilniejszego uczucia. - uniósł się Syriusz.
- Blah, blah. To jedyne wyjście oprócz twego magicznego życzenia aby nie była zabita czy też była śmierciożercą! - krzyknął Pan.
- Dlaczego to? - zapytał Syriusz.
- Bo kara za tę zdradę musi być. A oto jej cena.
Zapadła cisza. Syriusz klął cicho pod nosem, a Bellatrix śmiała się.
- Więc jak mamy rozumieć to, że sama się zabije? - zapytał mężczyzna.
- Dobre pytanie Regulusie., a odpowiedź sama w sobie jest prosta. Będziemy podobni, ale nie do końca. Ona będzie mogła się zakochać, ale gdy to zrobi.. - okrutny uśmiech wpełzł na jego twarz. - Umrze.
- Decyzja należy do Was. - powiedział Pan.
Tego wieczoru cisza nastawała cały czas. A niepokój nie opuszczał wcale. Regulus schował twarz w dłonie. Byli zbyt roztrzęsieni by podejmować jakiekolwiek decyzje, a co dopiero takie.
- Nie pozwolę by moja siostra była wami. - wyszeptał Regulus. - Zgadzam się.
- Oszalałeś?! - Syriusz wstał patrząc na Regulusa.
Ten zaś go zignorował i nadal nawiązywał kontakt wzrokowy z uśmiechniętym Panem, który kiwnął głową.
- Kiedy? - zapytał drżącym tonem głosu.
- Zaraz po urodzeniu. - oblizał swoje wargi. - Gdy wasza siostra, wypowie słowa ,,Kocham Cię'' w kierunku swojej miłości wiecie co się stanie. Pilnujcie jej, a może przeżyje.
- Nie wierzę w to co robisz Regulusie. - wydukał z siebie Syriusz.
- To jedyne wyjście, nie rozumiesz?! - krzyknął na niego drugi.
Syriusz pokręcił głową i wyszedł z pomieszczenia mocno zamykając za sobą mosiężne drzwi.
- Zapłacisz mi za to. - rzucił Regulus i podążył w ślady brata.
W oczach Pana pojawił się błysk.
- Koniec spotkania.
*Regulus nie jest śmierciożercą i jak Syriusz - wyrzeka się swojej rodziny i umiera później niż normalnie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)